top of page

Powstanie Warszawskie. Wspomnienia kobiet


Warszawa to miasto duchów – nowe mury wzniesione na zgliszczach. A w nich – twarze ludzi z tamtych lat, którzy, mimo, że teoretycznie niczym się nie różnili od pokolenia tu i teraz, to jednak – różnili się kardynalnie. Dlaczego? Gdy czytam wspomnienia młodych kobiet z tamtego okresu, od razu rzuca się w oczy pewien wspólny mianownik – one wszystkie chciały walczyć. Lub pomagać w walce. I do tej walki wiele z nich przygotowywało się zawczasu.


Gdybyśmy mieli bronić stolicy teraz, czy odpowiedź na atak byłaby analogiczna? Wątpię. Dziś wiemy, że kobiety stanowiły około 30 procent walczących w Powstaniu Warszawskim. I wiemy, że przeżycia z tamtego czasu albo je zahartowały, albo… pozbawiły zmysłów i zabiły. Bo były również przypadki samobójstw wskutek powstańczej traumy.


Dlaczego warto skupić się właśnie na kobietach? Bo, niewątpliwie, mają tak zwany „szósty” zmysł, który pozwala im zwracać uwagę na detale. I na sferę emocjonalną, która u przepadających za „twardymi faktami” mężczyzn nie jest tak dominująca.


Niektóre były cichymi bohaterkami – matkami nieraz kilkorga dzieci lub ciężarnymi, których mężowie poszli walczyć - chowającymi się w piwnicach bombardowanych kamienic. Walczącymi o jedzenie i o przetrwanie. Musiały przeżyć, aby ocalić dzieci. Nie każdej się to udało.


Pozostałe bezpośrednio zaangażowane w powstanie - kucharki, sanitariuszki, łączniczki, peżetki, a czasem nawet… żołnierze w spodniach. Tak, jak Wanda Gertz, ps. „Kazik”, która jeszcze w czasie wojny polsko-bolszewickiej walczyła w Ochotniczej Legii Kobiet, a po upadku Powstania Warszawskiego trafiła do obozów jenieckich. Jej determinacja była tak wielka, że ostatecznie, już na kilka lat przed powstaniem, pozwolono jej walczyć w mundurze.


A takich zdeterminowanych było więcej.


Czołg-pułapka

Gdy rozpoczęła się wojna, marzeniem Teresy była walka. Na dwa lata przed wybuchem wojny, przyjaciółka zapytała ją, czy nie chciałaby przystać do konspiracji. Odpowiedź była oczywista – dla dziewczyny wychowanej w patriotycznych wartościach nie istniały inne marzenia.


Teresa przeszła kurs posługiwania się alfabetem Morse’a i telefonami polowymi. Uczyła się obsługiwać broń w praktyce. Jej brat, Jaś, który był pasjonatem broni, wiele jej pokazał.


Ona i jej przyjaciółki z niecierpliwością oczekiwały „tego momentu”. Młodzież w napięciu wyczekiwała wybuchu powstania. Nikt się nie bał, każdy chciał walczyć. Jak „kamienie przez Boga rzucane na Szaniec”.


Zapamiętała szczególnie 13 sierpnia 1944 – gdy w ulicę Kilińskiego wjechał czołg. Wszyscy dookoła krzyczeli, że „zdobyczny”. Wokół atmosfera radości i zwycięstwa. Teresa obserwowała całą scenę z balkonu. Tej sceny nie zapomni nigdy w życiu – to był moment, który właściwie świetnie zobrazował sens idei powstania – ślepa i ufna wiara w zwycięstwo tuż przez nadejściem jednego z najbardziej katastrofalnych momentów w polskiej historii.


Ze szczegółów „okiem kobiety” zapamiętała małego chłopczyka, który podszedł do czołgu i chciał go dotknąć rączką.


Rozradowany tłum zaczął coraz mocniej napierać na czołg. W tym momencie nastąpiła eksplozja. Stojącą na balkonie Teresę powalił korpus ciała - bez głowy, rąk i nóg.


Zbiegła na dół wstępując w rzekę krwi i pyłu, aby ratować to, co ratować się dało. Wokół trupy, pełzające, zmasakrowane ciała, matki nawołujące bezskutecznie swoje dzieci, jęki i prośby o dobicie.


Potem było już tylko gorzej. Dziewczyny robiły, co mogły, aby ratować rannych. Przy niedostatku środków medycznych, przy odgłosach bombardowań, które zwalały z powierzchni kolejne ściany budynków.


Teresa przeżyła powstanie. Bardzo chciała, by ją wzięto do niewoli. „Niestety”, dostała inny rozkaz. I przyszło jej żyć ze wspomnieniami do końca życia.


Pył i robaki

Wiele kobiet zapamiętało fakt, że sierpień był upalny. Nic dziwnego. Przecież głównym problemem po wybuchu powstania, oprócz głodu, był brak wody. Możliwość wzięcia kąpieli była przysłowiowym „świętem lasu”, a wanna pełna wody stanowiła najlepszy prezent na powstańczy ślub.


Nie jest więc zaskoczeniem, że w takich warunkach sanitarnych, wszystkich obłaziło robactwo i pył. Niektóre kobiety poszły do powstania w letnich, dziewczęcych sukienkach. Po kilkudziesięciu dniach ściągały je z siebie jak skorupę.


„Siostra Teresa”, Jadwiga Ledochowska (urszulanka) tak zapamiętała pierwsze dni wybuchu powstania:


„Tymczasem robiło się coraz goręcej. Samoloty, które na początku tylko nas obserwowały, teraz zaczęły bombardować. Przez szklane ściany w tych małych, jakby z kart skleconych willach widziałyśmy nadlatujące eskadry bez żadnej możliwości schowania się. Chorych, zwłaszcza tych poparzonych przez granaty ręczne, a zatem już zszokowanych, ogarnęła panika. (…)


Z żywnością było też coraz gorzej. Serca nam się krajały na myśl, ze chorzy, a szczególnie chłopcy, są głodni, teraz, kiedy właśnie potrzebowali intensywniejszej kuracji. Nawet chleba czarnego wydzielano skąpo. Obiad dla chorych nosiliśmy z głównego gmachu przez wielki wyrąb w murze oddzielającym wille od ogrodu szpitalnego. Ale coraz częściej trzeba było długo czekać na chwilę ciszy, na uspokojenie się ostrzału (…)”


Jak wiemy, „powstańcze kucharki” radziły sobie jak mogły, aby przygotować jedzenie żołnierzom. Gdy zaczęło brakować zapasów, starały się przyrządzić przynajmniej jeden posiłek. „Menu powstańcze” obejmowało, na przykład, gotowaną na bazie jęczmienia zupę-plujkę (która z prawdziwą zupą miała niewiele wspólnego), kawę z żołędzi, koninę (rarytas!) czy sałatki z chwastów. Z czasem, gdy zaczęło brakować jedzenia, na talerzu lądowały psy, koty lub… wrony.


Żywcem paleni

Kamila Merwartowa była pielęgniarką.


W trakcie powstania została ranna. Jedynie intuicja i przypadkowa rozmowa z wrogiem uchroniła ją od straszliwej śmierci w szpitalu powstańczym, zaatakowanym przez oddziały wroga:


„(…) Po godzinie, może dwóch wpadła druga horda ukraińsko-niemiecka. Znowu krzyczeli jak szaleńcy, wybiegli na podwórze. Został tylko jeden starszy Niemiec, który chodził zdenerwowany tam i z powrotem. (…) Ja, ponieważ dobrze znam niemiecki, pytam tego Niemca:


- Niech pan powie, co będzie z nami, tak ciężko chorymi?

- Czy pani jest Reichs albo Volksdeutsch?

- Jestem Polką.

- Skąd pani zna tak dobrze język niemiecki?

- Studiowałam w Wiedniu.

- Pani jest z Wiednia? Ja też pochodzę z Wiednia. Z którego becirku pani jest?

-Z Hutteldorfu XV.


Na to Niemiec oszalał, zaczął krzyczeć jak opętany:


- Moja kochana pani, precz stąd, ale prędko, precz, precz!


Janek mnie podniósł, uczepiłam się go za szyję, z drugiej strony podszedł Niemiec i razem mnie wynieśli do wyjścia, gdzie uczepiłam się barierki przy schodach. Niemiec mnie puścił i znikł, ponieważ pojawili się inni Niemcy, którzy przynosili słomę. Jeden polewał ją jakimś płynem, jak się potem okazało – była to benzyna. (…) Janek całą siłą ciągnął mnie do góry (…). W pewnym momencie dał się słyszeć huk, okropny krzyk, ogień był tuż za nami. Niemcy podpalili powstańczy szpital, a do rannych zaczęli strzelać. Dochodził nas straszliwy ryk i płacz żywcem palonych rannych ludzi. Gdyby nie moja ciekawość i rozmowa z Niemcem, byłabym ich los podzieliła. (…)”


Okrucieństwo „likwidatorów” nie miało granic. Powyższe wspomnienie to kropla w morzu niewinnie przelanej krwi – znane były fakty mordowania niemowląt na oczach matek, rozcinania brzuchów ciężarnych kobiet, bestialskiego zabijania rannych czy gwałtów.


Historii jest tyle, ilu było poległych w postaniu – te nieliczne zostały spisane przez cudem ocalonych. A w nich pożoga, „ruda krew”, płonne nadzieje i doświadczenie bestialstwa, które, jak się okazuje, w historii cyklicznie się powtarza. Stracone lub niestracone pokolenia i przedwcześnie zgasły kwiat inteligencji.


Na tym wszystkim zbudowano nowy fundament – i na nowo zdefiniowano „polskość”. Jak podkreślił prof. Żaryn w wywiadzie dla Mazowiesci.pl:


"Trzeba mieć niezwykły szacunek do Bora-Komorowskiego, jak i do tych wszystkich, którzy walczyli przez 63 dni, jak się okazało, beznadziejnej walki, ponieważ my jako Polacy mamy prawo do niepodległości. I to prawo wówczas zostało światu jednoznacznie wyartykułowane. Dzięki temu mamy taką, a nie inną zdefiniowaną polskość, nadal jesteśmy Polakami. Dzisiaj bierzemy zatem udział w debacie o Powstaniu, ale wszyscy są zgodni co do tego – chcemy być wolnym narodem. To właśnie przyświecało Powstańcom."





Źródła:

Marcin Lwowski, "Dziewczyny z Powstania Warszawskiego", Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2023,

Anna Herbich, „Dziewczyny z Powstania”, Znak Horyzont, Kraków 2014,

Władysław Baroszewski, „Dni walczącej stolicy. Kronika Powstania Warszawskiego. Warszawa 1989,

Norman Davies, „Powstanie 44”, Wydawnictwo Znak, 2022

bottom of page